Nie lubię za bardzo wychodzić z domu, chociaż ostatnio coraz częściej mi się to zdarza… Można powiedzieć, że coraz bardziej mi się to podoba o tak. W zeszłym tygodniu dostałem notkę w poczcie Deviant’owej od Smakołyka czy nie zechciał bym się wybrać na sesję (jakie to straszne słowo) gdzieś tam w świat. Jako że nie jestem typem myślącym, zgodziłem się od razu. Nie dając Paulinie wyboru nominowałem ją modelką na dany dzień i był to jakże trafny wybór.
W sobotę z rana, wyszliśmy z bloku i Smak już na nas czekała. Dzień był całkiem przyjemny, dowiedziałem się przynajmniej jaka pogoda powinna być do zdjęć, a ta była wymarzona. Ciepło, sucho z leciutkim wiaterkiem. Zdjęcia zaczęły się już na przystanku gdy czekaliśmy na miejski. Na Krakowskim zaczepiliśmy o CoffeHeaven co też miało wpływ na popołudnie. Przechadzając się zaułkami starego miasta, za przewodnictwem Smaku, można znaleźć naprawdę wiele miłych i cichych zakamarków gdzie nikt człowiekowi nie przeszkadza i można miło spędzić czas. Jedno zdjęcie goniło następne bo wiadomo, nie ma się co ograniczać. Paulina mówiła że się boi obiektywów… MHM… Jasne… Nie było po niej widać. Ma zaklepaną kolejną sesję, prawdopodobnie z Mileną.
Po zwiedzeniu starego przeszliśmy pod zamek gdzie można dowiedzieć się sporo o biegunkach i innych sprawach. Można również znaleźć wycieczki żydów oraz marsze fanów motoru na końcu których idą jakże ‘piękne’ lasencje w wieku nastoletnim słuchające z komórki czegoś w stylu ‘Bum Cyk Bum Cyk’. Aż jeść się odechcewa…
Reszta popołudnia to mix fotograficzny w CoffeHeaven i spożywanie latte, espresso oraz Very Wild Berry.
Wczesnym wieczorem, zmęczeni i głodni wpadliśmy do stokrotki, zakupiliśmy mniej więcej co potrzeba i dotarliśmy na stancję, gdzie przyrządzona wspólnymi siłami spaghetti zapchała nasze brzuchy.
To raczej tyle jak na pierwszy wpis. Dyrdymały, ale własne…