header image
 

Złote starocie fopa.

Z braku aparatu zmuszony jestem dać… albo inaczej.

Znalazłem teraz oglądając moje stare zdjęcia parę nadających się do pokazania a których jeszcze nie było.

Widoki z łączki zrobione telefonem a pies na ostatnim zdjęciu szwenda się na dole. Urodzony model…

To z kolei inna łąka utrwalona CANONikiem. Widać po dupowatym wykonaniu…

To jeden z lepszych portretów, jeśli tak można to nazwać, jakie zrobiłem. Bardzo mi się podoba, mimo prześwietlenia i naświetlenia kliszy w body…

Bosy boss. Teraz to zdjęcie odnalazłem i jest jednym z niewielu zdjęć jakie mi się podobają, jakie w ogóle się udały, z tych które wyszły spod CANONa A-1.

A To jest amant z którym mieszkam. Ciastko, specjalnie dla Ciebie. Majonez w tle utrwalony CANONem.

A na koniec Wasz cieszymordka na zajęciach hiszpańskiego. W rączkach albo wyczarowana kulencja, albooooo… koniec i bomba.

A oto piosnka którą lubię równie mocno jak i ten kawałek.

Słów kilka.

No. Weekend majowy (bo tak to się chyba nazywa) pełną parą. Za 4 dni będę płakał by chwila w której piszę tego posta wróciła, ale pewnie nie będzie dało rady. Po poobijaniu się o wszystkie kąty w moim łóżku czas coś konstruktywnego zrobić.

Niedzielny dzień minął pod znakiem chęci-na-naukę i nauki gramatyki. Siedzenie do 02:30 źle wpływa na organizm.

Poniedziałek jakoś przeleciał pod znakiem ADHD na zajęciach Lit. Amer. i nie robieniu nic ciekawego na gramatyce. Bałem się jedynie fonetyki i słusznie, łatwo to nie będzie.

Wtorek, kolosek i potem prawie wolne. Wieczór z mamą i siostrą w Yarisie 1.0 na gaz. Obejrzałem nową/starą obwodnicę Międzyrzecką i z tego co widziałem to nieźle nieźle…

Środa jak to dzień wolny, u taty w bloku na obiedzie i wieczór rozerwany między kompem a nauką. W przerwie wyczyściłem przybornikiem, otrzymanym od allegro, obiektyw i czeka na body. Spacer z grubym po 22:00 dobrze zrobił. Dresik na ciałko, kurtencja ortalionowa i czapeczka. Zestaw taki zapewnia ciepło i ochronę przed deszczem. Adidaski z siatki były jedynym słabym punktem w tym ubiorze. Gumowce lepsze by były, ale nie miałem rozmiaru. Teraz siedzę i stukam sobie tego posta. Nie ma już o czym pisać. Czekam do piątego, czyli poniedziałku na odbiór aparatu i tyle.

Olka, nie zapomnij wziąć dla mnie tego czegoś śmiesznego czym Ziemek kręcił jak smieną się bawił. Ok?

Miałem dać jakieś zdjęcia, ale nie dam rady…

Rzut okiem na rzeczy dotąd niewidziane.

Jakiś czas temu już widziałem coś zwanego “Planet Earth”. W opisie pliku do ściągnięcia było coś o nowym programie przyrodniczym w formie mini-serii. Warto było ściągnąć, ale wielkość odcinka 8 giga odstrasza, nawet z łączem 1mb/s.

Ostatnio dopiero po zobaczeniu trailera poszukałem i znalazłem pięcio-płytową wersję tego produktu i jedno co mogę powiedzieć po obejrzeniu kawałka to: CUUUUUUUUUDO!

Najnowsze metody przedstawiania zmian pór roku, filmowania ułamków sekundy i pokazywania w zwolnionym tempie… Po prostu majstersztyk, a widoki… mmmm.

Jeśli lubicie programy przyrodnicze i macie DVD to polecam serdecznie.

I kolenja paczuszka…

To jest z drugiej roleczki z pamiętnej soboty. Drugą połowę prawdopodobnie Ziemek zapełnił. Okazuje się, że aparat nie jest całkowicie szczelny i co za tym idzie zdjęcia są ‘be’! Jutro bym naprawił pudełko, ale niestety pewna dupa blada (tak Ziemek, patrzę na Ciebie) zapomniała o nim. Także nici z kącika majstra przy Legionowej. Teraz mam sporo czasu, ale mniej zdrowia. Właśnie zwalczam chorobę która może doprowadzić do poważnej obniżki dobrego humoru jak i samopoczucia w ciągu moich jedynych dni (prawie) wolnych. Przekleństwo normalnie. Już miałem nadzieję, że pozałatwiam co tam trzeba było zrobić, zakupy i inne duperele a tu zonk. No cóż, jeśli w jakiś cudowny sposób wyzdrowieję i będę miał się dobrze, to dobrze. Jeśli nie, to… wolę nawet nie myśleć.

Niżej zamieściłem parę zdjęć które nie były tak kompletnie złe. Mają smugi i jakieś farfocle, ale jak dla mnie dodaje to uroku. Może jak naprawię aparat to zmienię zdanie. To tyle!

Odrobina.

Będąc w domu, jakieś 2 tygodnie temu, postanowiłem wybrać się z Lalusiem na spacer i trochę pofotografować. Niestety wiedza moja na temat dobrego robienia zdjęć jest zerowa. Zdjęcia wyszły straaaaaaaaaasznie prześwietlone, co za tym idzie, marne. Zamieszczę jednak kilka tych bardziej widocznych lub takich, którym nadmiar światła nie zaszkodził aż tak bardzo.

Paulina 1

Paulina 2

Słupki

O ile portrety nie wyszły jakoś za dobrze, to te słupki nie są chyba najgorsze.

Ostatnie pierwsze podrygi.

Nie lubię za bardzo wychodzić z domu, chociaż ostatnio coraz częściej mi się to zdarza… Można powiedzieć, że coraz bardziej mi się to podoba o tak. W zeszłym tygodniu dostałem notkę w poczcie Deviant’owej od Smakołyka czy nie zechciał bym się wybrać na sesję (jakie to straszne słowo) gdzieś tam w świat. Jako że nie jestem typem myślącym, zgodziłem się od razu. Nie dając Paulinie wyboru nominowałem ją modelką na dany dzień i był to jakże trafny wybór.

W sobotę z rana, wyszliśmy z bloku i Smak już na nas czekała. Dzień był całkiem przyjemny, dowiedziałem się przynajmniej jaka pogoda powinna być do zdjęć, a ta była wymarzona. Ciepło, sucho z leciutkim wiaterkiem. Zdjęcia zaczęły się już na przystanku gdy czekaliśmy na miejski. Na Krakowskim zaczepiliśmy o CoffeHeaven co też miało wpływ na popołudnie. Przechadzając się zaułkami starego miasta, za przewodnictwem Smaku, można znaleźć naprawdę wiele miłych i cichych zakamarków gdzie nikt człowiekowi nie przeszkadza i można miło spędzić czas. Jedno zdjęcie goniło następne bo wiadomo, nie ma się co ograniczać. Paulina mówiła że się boi obiektywów… MHM… Jasne… Nie było po niej widać. Ma zaklepaną kolejną sesję, prawdopodobnie z Mileną.

Po zwiedzeniu starego przeszliśmy pod zamek gdzie można dowiedzieć się sporo o biegunkach i innych sprawach. Można również znaleźć wycieczki żydów oraz marsze fanów motoru na końcu których idą jakże ‘piękne’ lasencje w wieku nastoletnim słuchające z komórki czegoś w stylu ‘Bum Cyk Bum Cyk’. Aż jeść się odechcewa…

Reszta popołudnia to mix fotograficzny w CoffeHeaven i spożywanie latte, espresso oraz Very Wild Berry.

Wczesnym wieczorem, zmęczeni i głodni wpadliśmy do stokrotki, zakupiliśmy mniej więcej co potrzeba i dotarliśmy na stancję, gdzie przyrządzona wspólnymi siłami spaghetti zapchała nasze brzuchy.

To raczej tyle jak na pierwszy wpis. Dyrdymały, ale własne…

No to czas zacząć.

    Nie zostaje mi nic innego jak powitać gości na moim pierwszym blogu w życiu. Nie będę się tutaj rozpisywał na temat nie wiadomo czego ale będzie to normalny blog gdzie opiszę pokrótce co się działo, kiedy i jakie miałem wrażenia.

Nie jestem zwolennikiem zamieszczania śmieci na stronach internetowych i postaram się by ta była ‘czysta’. Nie daj Boże, jeszcze ktoś z anglistyki tutaj wejdzie i na zajęciach gramatyki opisowej przytoczy jakiś cytat…

Proszę o wyrozumiałość i nie zostaje mi nic innego jak tylko zamieścić coś.