Wakacje mijają, specjalizację czas będzie wybrać już w następną (nie jutrzejszą-dzisiejszą jeszcze może dla co szybszych) środę a jeszcze tak niedawno chodziłem zgarbiony bo plecy miałem spalone pierwszym muśnięciem słoneczka (jak poetycko). Kawy i wszystkiego co tigero-podobne unikałem jak ognia bo trzeba wątrobę odtruć i na nowy rok przygotować ale herbaty i śniadań do łóżka to miałem w brud! Jak wakacje to wakacje, babcie rządzą.
Odwiedzając Częstochowę poćwiczyłem cierpliwość z ekipą emerytów i Panią Kierowniczką na której sam głos trafiało mnie coś… niedobrego. Spędziłem jakieś 2-3 tygodnie u taty w bloku co by więzi zacieśnić. To moje stanowisko wylegiwacza, jak widać od lewej kaktusik, komoda (niech was nie zwiedzie zdjęcie, ta komoda JEST duża), sztanga co by rączki wzmocnić przed trzymaniem długopisu i pobijaniem kolejnych rekordów w notowaniu na wykładach pismem podobnym do machania kawałkiem cegły po asfalcie by jakieś wzorki powstały bez specjalnego przykładania uwagi do odtworzenia utrwalonych informacji. Dalej stół i krzesła a prościej mówiąc garderoba (i po co komu szafki i półki…) a dalej kuferek, pooooduszki i ławeczka. Na środku Pan Acer i TA, godna polecenia analogo-fanom, strona.
Następnie był wyjazd nad jeziorko, pies pilnował całe dnie i noce namiotu. Nie wiem jak to znosił…
Parę tygodni później udało nam się wybrać nad morze gdzie z Szefową i Olką doświadczaliśmy uroków chmur i deszczu padającego akurat gdy skończyliśmy rozkładać ręczniki. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, znalazłem coś, czego więcej jeść nie chcę a mianowicie pizza z jajkiem ledwo sadzonym na wierzchu, aż mnie rwie jak sobie przypomnę.


A ostatniego dnia wybraliśmy się nad falochron i stało się coś nieoczekiwanego…

PUSH-UP!
Co jak co ale ten okres był niezły, jadło się, piło, chodziło, spało. Czyli to co najpiękniejsze w wakacje. Później była jazda, jazda i jeszcze trochę jazdy. Były wymiany międzymiastowe między Międzyrzecem i Kurowem, czas w Lublinie, kino.
Ostatnio szukając ramek do negatywów do skanera, wsadziłem rękę głębiej w szafkę i poczułem coś dziwnego (bez skojarzeń). A okazało się, że odkryłem to:

Przywieziony ze wschodu przez mojego tatę dla mojej mamy ZENIT ET. Stan bardziej niż idealny, jutro idę oddam film do wywołania i zobaczymy co i jak…
A co do skanowania to parę dni temu dokonałem zakupu tego cacuszka, cena niska, model nie wyższy a skanuje jak widzieliście w poprzednim poście, czyli łaaaadnie. Dlatego Olka, wpadasz z Pauliną do mnie na kawę/herbatę. Pogadacie z Wojtusiem a ja w tym czasie zeskanuję co tam masz. DARMO!
Bestia jak się patrzy MRAŁ!

No i to było by na tyle bąki. Dziękuję za dotrwanie do końca tego całkiem długiego posta, a kto nie czytał to trudno, koniec i bomba… albo… idzie piąty semestr i hasło wciąż żywe!
































